czwartek, 22 lutego 2018

32. Od nowa

               Hermiona po raz kolejny w tym tygodniu przemierzała korytarze w drodze do skrzydła szpitalnego. Dziś nawet poszła na zajęcia, co prawda tylko dlatego, że było ich bardzo niewiele. Zresztą przez te trzy godziny i tak myślała głównie o tym, że chce iść do Rona. Od kiedy chłopak wrócił do szkoły, wszystko było łatwiejsze. Przede wszystkim, mogła przy nim być właściwie przez cały czas. Poza tym, miała non-stop informacje, co się z nim dzieje. Poprzedniego dnia, najpierw wypowiedział kilka słów, a potem odzyskał przytomność. Wszyscy mówili, że z dnia na dzień, jego stan zdrowia będzie się polepszał.
                Brązowowłosa była przeszczęśliwa, że to właśnie ją zobaczył po przebudzeniu się. I nawet chyba ucieszył się z jej obecności. Co prawda, za długo się sobą nie nacieszyli, bo chwilę później przyszła pani Pomfrey, a Ron z powrotem zasnął. Wtedy pielęgniarka stanowczo kazała jej wyjść, bo musiała podać mu dodatkowe leki. Dziewczyna miała nadzieję, że dziś już uda się im trochę porozmawiać. Próbowała znaleźć wieczorem Harry’ego i Ginny, żeby podzielić się z nimi dobrą wiadomością, ale nie mogła ich nigdzie złapać.
                Zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami. Wiedziała, że czeka ich trudna rozmowa. Nie da się tak po prostu zapomnieć o tym wszystkim, co się wydarzyło, tylko dlatego, że ktoś próbował otruć Rona. Gdyby mu się udało… Nigdy nie wybaczyłaby sobie, że nie wiedziałby, że ona naprawdę go kocha… Co ona plecie… Nie przeżyłaby bez niego.
                Wzięła głęboki oddech i z uśmiechem przekroczyła próg szpitala.
*
                Bardzo bolała go głowa. Poza tym czuł się nieźle. Może czasami, ale to tylko troszeczkę, miał problem jak próbował się podnieść – pojawiały się zawroty głowy, mdłości i mroczki przed oczami. Na pewno było lepiej, niż wszyscy twierdzili. Ale ponieważ nie był ani przez chwilę sam, to nawet nie mógł wstać, bo od razu ktoś zaczynał na niego krzyczeć. Z resztą, nawet gdyby to zrobił i nie byłoby nikogo z gości, to pani Pomfrey dałaby mu za to niezły wykład. Rozsądniej było się nie ruszać. Tylko ile można tak wytrzymać! Nie mógł spać… Nic zresztą dziwnego, skoro spał non-stop przez ostatni tydzień. Co prawda, za bardzo się nie nudził, bo dochodziła dopiero 11, a u niego była już profesor McGonnagal, dyrektor Dumbledore, rodzice, Ginny, a po niej Harry. Większość wpadała tylko na moment, ale i tak robiło się przez to zamieszanie.
                Jak przez mgłę pamiętał jak się czuł po wypiciu amortencji. Zwykle głównie myślał o tym, że wciąż coś czuje do Hermiony i zastanawiał się czy jest w stanie jej wybaczyć. Czasem o tym, że Lavender go denerwuje. A wtedy nagle w jego głowie pojawiła się Romilda Vane – z którą rozmawiał może dwa razy w życiu – i nie mógł odgonić tej myśli. Ba, było gorzej! Wciąż miał w głowie sceny jak się z nią przytula, całuje, trzyma za ręce… Czuł wtedy tak olbrzymie pożądanie, że gdyby ją wtedy zobaczył, to chyba by się na nią rzucił i zaczął całować.
                Co taki eliksir może zrobić z człowiekiem?! Później tylko mętnie kojarzył mu się gabinet Slughorna, a potem ciemność. Musiało to wyglądać nieciekawie, przynajmniej tak wynikało z relacji świadków. Tylko Harry, co prawda przyciśnięty do muru, odważył mu się powiedzieć, że był bliski śmierci… On sam pamiętał takie momenty, że czuł, jakby miał się rozpaść na milion kawałków. Coś go strasznie bolało w brzuchu, tak, jakby miało go zaraz rozerwać. Po tym jak ból ustawał, on tracił zupełnie siły i rzeczywiście, sam się kilka razy zdziwił, że jeszcze żyje.
No i jeszcze były te sny… To niesamowite, że śnił tylko o niej! To była cała ich znajomość, widział – jakby z boku - jak powoli budują swoją relację, jak stają się sobie coraz bliżsi, jak wreszcie zaczynają się kochać. Jakie to było piękne! Zupełnie inne od znajomości z Lavender, która opierała się tylko na chemii, i, tym bardziej, od bardzo dziwnej fascynacji Romildą. Z Hermioną było inaczej… To było prawdziwe! Byli sobą, nie musieli nikogo udawać – byli oni i ich miłość. Kiedy przyśnił mu się ostatni sen, myślał, że to już koniec… Że odszedł, a to jest raj. To było spełnienie jego najskrytszych marzeń! Żeby ją kochać i być przez nią kochanym, żeby spędzić z nie resztę życia. A potem się jednak obudził i zobaczył jej twarz. Była zmęczona i zapłakana, ale kiedy otworzył oczy i ją ujrzał, to jego serce wywinęło kilka radosnych fikołków. Potem znowu zapadła ciemność, a teraz już jej nie było…
-Panie Wesley – do sali stanowczym krokiem weszła pani Pomfrey – tu jest lekarstwo.
                Ron skrzywił się patrząc na brązową ciecz w szklance. Od samego rana faszerowała go tym świństwem. Jakby czarodzieje nie mieli lepszych sposobów na leczenie chorób.
-Niech pan tak na mnie nie patrzy, to pomoże – warknęła – I zaraz będzie miał pan gościa.
-Znowu? – jęknął.
-Mnie też wcale to nie cieszy.
                Chłopak uśmiechnął się. Pielęgniarce bardzo zależało na dobru i zdrowiu uczniów, ale wyjątkowo nie lubiła odwiedzających. W ogóle nie przepadała za tym, żeby ktoś chodził albo rozmawiał w szpitalu.
-Dzień dobry – usłyszał cichy głos.
                Otworzył szeroko oczy. A jednak przyszła! Jej twarz była koszmarnie blada, a oczy podkrążone – musiała prawie nie spać! Ale już przynajmniej nie płakała. Szła powoli w jego kierunku, z delikatnym uśmiechem, a on nerwowo przełknął ślinę.
-Dzień dobry, Hermiono.
-Jak się czujesz? – pisnęła, siadając koło łóżka.
-Bywało lepiej – zażartował – Trochę jakbym przesadził z piwem kremowym.
- Cieszę się, że masz dobry humor – odpowiedziała ze śmiechem, Hermiona.
                Rudzielec uwielbiał obserwować wesołe iskierki w jej oczach. Tak dawno ich nie widział. Czuł się, jakby poznawał ją od nowa. Z jednej strony, znał na pamięć każdy skrawek jej twarzy, a z drugiej, znowu uderzało go jaka jest piękna. Na nowo odkrywał jej mimikę, jej rekacje na różne zachowania, jej śmiech. Poczuł nieodpartą chęć, żeby jej dotknąć. Jeszcze niedawno próbowała nawiązać z nim kontakt, przeprosić, pogodzić się, ale on ją odtrącał… No tylko wtedy jeszcze nie otarł się o śmierć.
                To niesamowite, że człowiek dopiero w chwili, kiedy może bezpowrotnie wszystko stracić, docenia to, co ma. Co jakby nie udało się go uratować? Co jeśliby odszedł, nie powiedziawszy jej, że ją kocha? Po tym wszystkim miał zamiar schować swoją urażoną dumę do kieszeni. Nie chciał tracić kolejnej szansy na to, żeby znów z nią być. Tylko czy ona wciąż chciała?
-Hermiono… - szepnął, ledwie muskając jej dłoń, bo ręka wciąż była zbyt ociężała, by mógł nad nią zapanować.
-Tak? – przełknęła ślinę i złapała jego dłoń.
-Czy możemy porozmawiać o tym wszystkim, co się wydarzyło w tym roku? Tak szczerze?
-Jeśli tego chcesz…- odpowiedziała, czując jak łzy napływają jej do oczu, na samo wspomnienie.
-Tak, potrzebuję tego – odpowiedział niepewnie – My potrzebujemy – tym razem spojrzał jej prosto w oczy.
-No dobrze… To od czego mam zacząć?
-Chyba od… od początku – zająknął się.
-Wtedy po meczu – mówiła,  łzy spływały jej po policzkach - po prostu rozmawiałam z Rogerem. Tak normalnie, jak znajomi. Gratulowałam mu, tak, jak wszyscy gratulowali Tobie. A potem pytał o nas – o mnie i o Ciebie. I zaczął opowiadać, że jakaś dziewczyna mu się podoba, ja zapytałam o kogo chodzi – mina Rona stawała się coraz groźniejsza – a wtedy… a wtedy… Wtedy mnie pocałował!
                Nie wytrzymała. Z jej ust wydobył się donośny szloch. Chłopak zacisnął palce na jej dłoni, a drugą ręką próbował ją pogłaskać, ale nie był w stanie nią ruszyć.
-A ja… - kontynuowała Hermiona, krztusząc się łzami – A ja go uderzyłam i odeszłam. Chciałam o tym zapomnieć, nigdy więcej z nim nie rozmawiać. Chciałam spędzić ten wieczór tylko z Tobą, świętować Twój sukces, ale wtedy… - nie była w stanie mówić o tym, co czuła, gdy widziała jego i Lavender.
-A ja Was widziałem – szepnął Ron, czując, że i on może zacząć płakać – Byłem zszokowany. Nie zauważyłem, żeby coś się miedzy nami psuło – przełknął ślinę – A potem pomyślałem, że on jest dużo lepszy ode mnie, że się mną znudziłaś…
-Jak mogłeś tak pomyśleć?!
-No bo jest! – prawie krzyknął – Jest przystojniejszy, inteligentniejszy, czarujący, dobrze  gra w Quiditcha... Czemu nie miałabyś być z nim?!
-Bo on nie jest Tobą! – pisnęła – I nawet mi nie przyszło do głowy, żeby Cię „wymienić”!
-Ale potem się z nim spotykałaś…
-Bo Ty spotykałeś się z Lavender! A ja nie mogłam się pozbierać. On był miły, pomógł mi wtedy z Cormaciem… Ale to nie było to, co z Tobą, wiesz? Nie byłam w stanie przestać o Tobie myśleć. Ilekroć mnie dotknął, marzyłam o tym, żebyś to był Ty! – wyrzucała z siebie masę słów, co chwilę przełykając łzy – Ale to już koniec, Ron. Raz na zawsze, powiedziałam mu wprost, że kocham tylko Ciebie i to się nie zmieni…
-Tak mu powiedziałaś? – chłopak był w szoku.
-Tak – odparła stanowczo –Tak właśnie mu powiedziałam, Ron. To nie miało sensu. Po tym, jak… jak… jak pobiłeś Cormaca, ja sobie to wszystko uświadomiłam, wiesz? Że nigdy nie będę szczęśliwa, jeśli Ciebie nie będzie w moim życiu…
-Hermiono – westchnął, a ona tylko coraz mocniej ściskała jego dłoń.
-Przepraszam Cię za to, Ron – kontynuowała – Nigdy nie chciałam Cię skrzywdzić. I nigdy mi się nie znudziłeś… Nie ma nikogo lepszego od Ciebie… Wierzysz mi?
-Tak, wierzę… - wykrztusił, a po jego policzkach spłynęło, dosłownie, kilka słonych łez – Ja też Cię przepraszam. Poczułem się bardzo upokorzony. I zamiast dać Ci szansę i pozwolić Ci wytłumaczyć, to myślałem tylko o tym, że czuję się jak zero… I pozwoliłem na to, by kierowała mną duma, a nie miłość do Ciebie. Z Lavender wcale nie było dobrze… W każdym jej ruchu dostrzegałem, że Ty jesteś tysiąc razy lepsza…  Cały czas bardzo za Tobą tęskniłem – pociągnął nosem – Przepraszam, że Cię skrzywdziłem.
                Brązowowłosa nie wytrzymała i całkowicie się rozkleiła. Opadła na jego brzuch i płakała. Z trudem uniósł rękę i położył ją na jej głowie, próbując pogłaskać. Rudzielec starał się jak mógł, żeby nie płakać, żeby być silnym. Dla niej. Trwali w tej bliskości długo, napawając się swoją obecnością. Wreszcie rozpoczęli ten proces odbudowy – własnej relacji, zaufania. Może nie od razu będzie jak dawniej, ale razem będą do tego dążyli. W końcu dziewczyna się uspokoiła.
-Hermiono? – szepnął.
-Tak, Ron? – spojrzała na niego z czułością.
-Ja jeszcze nie zerwałem z Lavender…
-Och… Między Wami chyba koniec… - westchnęła, rumieniąc się.
-Czy wiesz o czymś, o czym ja nie wiem? – spytał podejrzliwie.
-Eeee… - twarz Hermiony stawała się coraz bardziej czerwona – Ona przyszła Cię odwiedzić… Ale dopiero jak wróciłeś z Munga – przybrała swój standardowy, oburzony ton – Właśnie! Wcześniej jej nie było! No i przyszła, a Ty coś mamrotałeś przez sen…
-Zerwałem z nią przez sen?! – dopytywał rudzielec z rozbawieniem i niedowierzeniem.
-No nie do końca… Powiedziałeś tylko jedno słowo, ale to w połączeniu z tym, że aktualnie – znowu się zarumieniła – ja przy Tobie byłam, sprawiły, że się obraziła… Powiedziała, że to koniec…
-Co to było za słowo?
-Moje imię – szepnęła.
                Ron z uśmiechem patrzył na rumieniec na jej twarzy, oczy wpuszczone wstydliwie w podłogę, na jej kasztanowe loki. Przypomniał sobie, jak potrafił siedzieć i się w nią wpatrywać. Milczeć. Po prostu napawać się jej pięknem, tym, że jest blisko i że jest tylko jego…
-Niemniej jednak – cała jej nieśmiałość i wstyd zniknęły – Uważam, że powinieneś z nią porozmawiać. Takie zrywanie przez sen jest… tchórzliwe!
-Hermiono – rzekł z rozbawieniem – Uważam, że to, że moja podświadomość załatwiła to za mnie, nie jest niczym tchórzliwym – prychnęła, a on się roześmiał – Chyba najważniejsze, że to się już skończyło, nie?
-No może tak – powiedziała naburmuszona, a on tylko bardziej się śmiał.
-Czy… - zaczął nieśmiało, kiedy się uspokoił – Czy to znaczy, że wracamy do tego, co było…
-Nie wiem, czy to, co było, da się odbudować – oboje posmutnieli – Ale wiem, że nie potrafię bez Ciebie żyć…
-Wiesz… - wyszczerzył się do niej – Ja nie potrafię żyć bez Ciebie, więc może się jakoś dogadamy.
                Przez chwilę po prostu się na siebie patrzyli. Oboje mieli na twarzach szerokie uśmiechy. Pierwszy raz od pół roku, czuli, że są szczęśliwi. Napawali się swoim wyglądem, dostrzegali każdy detal na swoich twarzach, po prostu się patrzyli, nie musieli nic mówić, nic robić – jak dawniej.
                Rudzielec chciał usiąść, lecz nie był w stanie. Opadł na poduszki. Frustrowało go, że jest taki słaby i bezradny, że nie może utrzymać w dłoni szklanki.
-Leż, Ron – szepnęła uspokajająco dziewczyna, głaszcząc go po ramieniu  i dając do zrozumienia, że nie pozwoli mu wstać.
-Hermiono- zawahał się – A czy… czy mogłabyś mnie pocałować?
                Brązowowłosa przełknęła ślinę. Na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. O niczym innym nie marzyła! Nachyliła się i złożyła słodki pocałunek na jego ustach.
*
                Rudowłosa dziewczyna wyszła przed zamek, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Miała zupełny mętlik w głowie. Wyznała wczoraj Harry’emu Potterowi miłość… a on jej odpowiedział tym samym! Na Merlina, jak to się stało?! Po tym wyznaniu, każde z nich udało się do swojego dormitorium. To już było za dużo emocji, niewiadomo, jakby to się skończyło. A przecież ona wciąż miała chłopaka… Nie chciała zdradzać Deana. Był dla niej bardzo ważny… Ale wreszcie potrafiła sobie – i wszystkim, którzy by ją o to zapytali – odpowiedzieć: nie kochała Deana, na pewno już nie, o ile kiedykolwiek. Lubiła go – bardzo, dobrze się przy nim czuła, kiedyś na pewno była nim zauroczona, ale nie kochała go.
                Natomiast, od sześciu lat, była oczarowana Harrym Potterem – od kiedy zauważyła go na King’s Cross, gdy Ron szedł do pierwszej klasy. Z każdym rokiem, ich znajomość się pogłębiała. Już w zeszłym roku ich relacje weszły na inny poziom. W te wakacje zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej, spędzając niemal każdą wolną chwilę razem. Jednak najbardziej zbliżyło ich – o ironio – rozstanie Rona i Hermiony, kiedy postanowili wspólnie wspierać przyjaciół.
                Niemniej jednak, Harry, aż do wczorajszego wieczoru, nie odważył się powiedzieć Ginny, że czuje do niej coś więcej, niż tylko przyjaźń. Dlatego dziewczyna próbowała się spotykać z różnymi chłopakami – z Michaelem, z Deanem. Lubiła ich, podobali się jej, zależało jej na nich, zresztą ze wzajemnością, ale żaden z nich nie był Harrym Potterem.
Teraz, kiedy wiedziała, co chłopak do niej czuje, było jeszcze trudniej. Nie chciała, żeby Dean pomyślał, że zrywa z nim, bo Harry wreszcie się zdecydował, że chce z nią być. W sumie, to była na niego o to zła. Świadomie szukał kontaktu z nią, wiedząc, że wciąż spotyka się z Thomasem! Tylko prawda była taka, że im się od dawna nie układało. Dużo wcześniej, niż zaczęła podejrzewać, że Potter chciałby z nią być. Musiała wreszcie zakończyć ten związek. Przestać oszukiwać i Deana i siebie – tak, jak jej wszyscy radzili.
Usiadła nad jeziorem. Dzień był słoneczny, ale zimny. Dopiero na drzewach pojawiały się pierwsze liście. Jeszcze niewielu uczniów decydowało się wychodzić na zewnątrz w okresie przedwiośnia, choć była garstka osób, która spacerowała po błoniach. Otuliła się cieplej płaszczem. Wiatr rozwiewał jej ognistorude włosy, które kontrastowały z ledwo zieloną trawą i drzewami. Wpatrywała się w głęboki błękit wody.
Zobaczyła, że obok niej siada czarnowłosy mężczyzna. No tak, akurat musiał pojawić się wtedy, gdy o nim myślała! Chociaż w sumie… ostatnio myślała o nim cały czas. Nie patrzył na nią, również spoglądał w stronę wody. Miał zmierzwione włosy i nieobecne spojrzenie.
-Wszędzie Cię szukałem – odezwał się w końcu.
-Jak wpadłeś na to, że tu jestem?
-Nie wpadłem. Nie mogłem Cię znaleźć, a nie wiedziałem, co z sobą zrobić, więc chciałem się przejść…
-A wtedy natknąłeś się na mnie – dokończyła z drwiącym uśmiechem.
-Tak mniej więcej. Musimy porozmawiać .
-Nie jestem jeszcze gotowa na rozmowę – popatrzyła mu prosto w oczy.
-To słuchaj, a ja będę mówił – odparł, wytrzymując spojrzenie – Kiedy wczoraj mi powiedziałaś… no sama wiesz co… to byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I nie marzę o niczym innym, żeby wreszcie z Tobą być, żeby móc na Ciebie patrzeć, kiedy mam ochotę, żeby móc z Tobą godzinami rozmawiać, ale też dotknąć Cię, pocałować…
-Harry…- przerwała mu, zaciskając mocno powieki.
-Ale nie zrobię tego, nie bój się – kontynuował niestrudzony – Bo jesteś z Deanem. Moim kumplem. I nie chcę, żeby poczuł się zdradzony – zarówno przez Ciebie, jak i przeze mnie. Poza tym, Ron będzie wściekły…
-Mam to gdzieś! – parsknęła.
-Ale ja nie mam!
-Harry – zaczęła trochę spokojniej – od pół roku wspieramy go po rozstaniu z Hermioną, nie wierzę, że by nam to zrobił…
-To nieistotne, bo dopóki nie zerwiesz z Deanem nie będziemy razem – spojrzał na nią, a ona skinęła głową – Chociaż niczego nie pragnę bardziej…
                Patrzyli sobie prosto w oczy, wyczytując w nich wielką radość z tego, że wreszcie sobie powiedzieli, co czują, a z drugiej strony, ogromny ból, że nie mogą jeszcze w pełni cieszyć się tym szczęściem, że wciąż niektóre spojrzenia, niektóre rozmowy, dotyk są dla nich zakazane.
-Pamiętaj, że będę Cię wspierał we wszystkim, co postanowisz… - odezwał się chłopak.
-Ja też niczego nie pragnę bardziej, Harry – przerwała mu.
-…ale – kontynuował – Dopóki nie podejmiesz decyzji i nie… zrobisz odpowiednich kroków, powinniśmy ograniczyć nasze kontakty.
-Dlaczego?
-Bo nie ręczę za siebie… Kiedy jesteś blisko, mam ochotę rzucić się na Ciebie i całować do upadłego i nigdy nie wypuszczać Cię ze swoich objęć.
                Weasleyówna już miała powiedzieć, że ma to zrobić tu i teraz, ale się powstrzymała. To co mówił miało sens, było bardzo rozsądne. Tylko, na Merlina, ona nie była rozsądna! Była spontaniczna i szalona, nie chciała myśleć o konsekwencjach. Pragnęła być blisko niego. Ale wiedziała, że ma rację. Była pełna podziwu, że podjął taką decyzję – widziała, ile go to kosztowało. Dlatego pokiwała smutno głową, zgadzając się na wszystko.
-Do widzenia, Ginny.
                Wstał, a odchodząc pocałował ją w czubek głowy. Nawet ten drobny gest sprawił, że zadrżała. Patrzyła, jak odchodzi i już wiedziała, co ma zrobić. Nie miała pojęcia jak, ale podjęła decyzję.
*
                W lochach było ciemno i zimno, a Pokój Wspólny Ślizgonów w ogóle nie przypominał tego w Gryffindorze. Przede wszystkim, nigdy nikogo tam nie było. Siedział na jednym z foteli i patrzył w zielony płomień. Czemu Tiara Przydziału pozwoliła mu być Gryfonem? Poza tym, oczywiście, że bardzo mu na tym zależało… W końcu tego wymagało jego zadanie.
                Miał już tego dosyć. Idąc do szkoły, był pewien, że musi to zrobić. Teraz wątpił… Ale miał tyle do stracenia. Nie mógł się teraz wycofać. Życie zbyt wielu ważnych dla niego osób od tego zależało. Problem tkwił w tym, że plan sypał się na każdym etapie. A on spełnił swoje zadanie aż za dobrze – za bardzo się do niej zbliżył…
-O, jesteś – rzekł sucho blondyn, o wychudłej twarzy i podkrążonych oczach – Wyglądasz beznadziejnie.
-Wzajemnie, Malfoy – syknął.
-Nie będziemy tu rozmawiać.
                Szedł za Ślizgonem pustym korytarzem. Wilgoć jaka tu panowała, mogła wpędzić niejednego w chorobę. Weszli do jednego z pomieszczeń. Wyglądało jak stara sala lekcyjna – bardzo stara i od dawna nieużywana. Wszędzie był brud, kurz i pajęczyny.
-Ten idiota, Weasley, żyje! – wykrzyczał Draco i walnął ręką w ławkę.
-Chyba czegoś nie rozumiem, to nie o niego nam chodzi.
-Rzeczywiście niewiele rozumiesz! – syknął ironicznie – Miód miał być dla starego, ale jak już rudy się go napił, to myślałem, że będziemy mieli go z głowy.
-Coś Ci ostatnio nie wychodzi, Malfoy – zakpił brunet, a jego towarzysz gwałtownie się do niego zbliżył, w jego oczach była wściekłość, ale również… strach? Po chwili przybrał kpiący wyraz twarzy:
-Tobie też coś nie idzie – zaśmiał się – Twoja szlamowata przyjaciółeczka Cię rzuciła! Myślałeś, że nie wiem?
                Przez chwilę mierzyli się groźnymi spojrzeniami. Obaj byli w ściekli, ale też przerażeni. Żaden z nich nie robił tego z własnej woli – obaj zostali do tego zmuszeni.
-To co teraz? – spytał w końcu Gryfon.
-Ja będę kontynuował swoją misję… Stary musi zginąć z mojej różdżki! – wykrzyczał zachrypniętym głosem Dracon – Ty jesteś teraz na straconej pozycji. Granger Cię nie chce, a Potter już Ci nie zaufa. Zajmiesz się nim, jak ja będę się pozbywał Starego.
-Mam go zabić?!
-Chyba kpisz?! Czarny Pan chce mieć go dla siebie. Masz sprawić, żeby mi nie przeszkadzał, złapać go i zaprowadzić przed Pana. Inni Ci pomogą.
-Inni?
-Tak, przybędą pomóc – w jego głosie czuć było strach – Później Ci powiem, kiedy to się wydarzy. A i jeszcze jedno – wyszczerzył się.
-Tak?
-Masz się pozbyć tej szlamy. Z Weasleyem sobie poradzimy, ale ta Granger jest zbyt sprytna, może być niebezpieczna.
-Ale jak…?
-Tego chyba nie muszę Ci tłumaczyć. W ostateczności, możesz ją wysłać na oddział dla obłąkanych w Mungu.
-Ale…
-To rozkaz od samego Czarnego Pana!

                Malfoy wyszedł trzaskając drzwiami i zostawiając na środku pomieszczenia oniemiałego Gryfona, któremu łzy zaczęły spływać po policzkach. 
*
Na dowód tego, że NAPRAWDĘ wróciłam, jest nowy rozdział :P Pozostawiam Wam ocenę ;*
Ponieważ aktualnie trwa rok akademicki, a moje studia wymagają sporo czasu, sądzę, że rozdziały będą pojawiały się raz na miesiąc. Postaram się, żeby nie było to rzadziej!
Jesteście niesamowici! Bez Was pisanie i publikowanie nie miałoby żadnego sensu. Cieszę się, że wchodzicie i czytacie. Proszę Was też o komentarze, bo to na pewno doda mi siły!
Ściskam <3

Obserwatorzy